Wczesnym, mroźnym rankiem ruszyliśmy w górę Utraty, tam gdzie rzeka przecina tereny projektowanego Parku Krajobrazowego Doliny Utraty i Raszynki. Nad zalewem w Komorowie panowała cisza, jakby świat na chwilę wstrzymał oddech. Śnieg skrzypiał pod stopami, a powietrze było tak przejrzyste, że każdy dźwięk niósł się daleko, jakby echo miało dziś wyjątkowo dobry humor.
Początkowo szliśmy wąską ścieżką biegnącą tuż przy rzece — miejscem chętnie odwiedzanym przez mieszkańców także latem. Koryto Utraty było tu niemal całkowicie skute lodem, a płynący nurt można było dostrzec jedynie przy pierwszym stopniu wodnym. Po kilku minutach dotarliśmy do pierwszej tamy bobrowej. Od tego miejsca krajobraz zmieniał się nie do poznania: rzeka rozlewała się szeroko, tworząc labirynt zatok, korytarzy i płytkich oczek. Latem przejście tędy byłoby niemal niemożliwe, ale teraz, gdy wszystko skute było lodem, mogliśmy iść dalej — choć każdy krok wymagał ostrożności. Pod cienką warstwą lodu kryły się wymyte przeręble, zdradliwe jak pułapki.
Wkrótce minęliśmy potężne żeremie, zbudowane przez bobry z imponującą precyzją. Wokół leżały obgryzione pnie, widać było ślady zębów i ścieżki prowadzące do wody — bobry musiały być tu bardzo aktywne, choć teraz zapewne przysypiały w swojej kryjówce, czekając na pierwsze roztopy. W śniegu odciskały się też tropy innych mieszkańców doliny: saren, lisów i dzików. Każdy ślad był jak fragment opowieści, którą przyroda zostawiła dla uważnych wędrowców.
W pewnym momencie, tuż przed nami, z trzcin wyskoczyła rodzina dzików. Przez krótką chwilę patrzyliśmy na siebie, równie zaskoczeni, po czym zwierzęta ruszyły w głąb zarośli, zostawiając po sobie jedynie cichy szelest i głębokie ślady racic.
Nad głowami przeleciała czapla — jej skrzydła przecięły powietrze miękkim, majestatycznym szumem. Chwilę później z pobliskiego zagajnika dobiegło energiczne stukanie dzięcioła zielonego, jakby las wystukiwał własny rytm dnia.
Kolejna tama bobrowa otworzyła przed nami widok na rozległe rozlewiska Utraty. Trzcinowiska falowały lekko na wietrze, a z ich gęstwiny poderwały się kuropatwy, zaskoczone naszą obecnością. Nieco dalej, wśród suchych łodyg, przemykał bażant — barwny jak żywy klejnot na tle zimowego krajobrazu.
Wędrówka w górę rzeki była jak podróż przez świat, który na co dzień pozostaje ukryty — dziki, cichy, pełen życia, choć na pierwszy rzut oka uśpiony. Zimowa Dolina Utraty odsłoniła przed nami swoje sekrety, a my wracaliśmy z poczuciem, że dotknęliśmy czegoś wyjątkowego, kruchego i pięknego.